| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
email
Dziecięce alter ego
Przeczytane książki:
Nagrody literackie
Strony o książkach
Wyzwanie to czytanie!
Zaprzyjaźnione blogi książkowe
Wydawnictwa
Zaglądam również tutaj
Polecam:)

Gazetaliteracka.pl


statystyka

Przeczytałam...

poniedziałek, 26 października 2009

Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2009


Już od pierwszych stron książki byłam zaskoczona lekkością pisania Zusaka. Słowa stapiają się tutaj w zdania, zgrabnie i nonszalancko, tworząc powieść nietuzinkową, z polotem. Na dodatek wyborny żart, błyskotliwy styl i niesztampowa treść, jednym słowem aż żal, że tak mało.

Przede wszystkim główny bohater wzbudził we mnie cały szereg pozytywnych emocji. Wyjątkowo go polubiłam. Bowiem Ed Kennedy to dziewiętnastoletni taksówkarz, niby taki przeciętniak, którego antyosiągnięcia stanowią sedno życia, a dowiódł, że każdy może wznieść się ponad swoje ograniczenia.

Ed prowadzi niezwykle pasywny tryb życia. Mieszka samotnie i pracuje, ot cała jego wegetacja. Jedyną rozrywką są karciane partyjki z przyjaciółmi, życiowo podobnie apatycznymi. Pewnego dnia udaremnia napad na bank, pomijając amatorszczyznę napastnika, Ed niechcący pomaga schwytać bandytę. Staje się sezonowym bohaterem. Chwilowy szum wokół jego osoby wkrótce przemija, tymczasem on dostaje pocztą kartę - asa karo. Tajemnicza karta od anonimowego nadawcy zawiera 3 zadania do wykonania. Po niej przychodzi kolejny as i kolejne zadania, a jałowe dotychczas życie Eda przemienia się w pełną przygód i wyzwań wędrówkę, której gwiazdą przewodnią jest niesienie pomocy. Jednakże krąg potrzebujących stopniowo się zacieśnia, a Ed Zbawiciel z misją ostatecznie trafia do siebie samego.

To powieść o tym, że wyłącznie my sami kreujemy naszą rzeczywistość, a w konsekwencji naszą przyszłość. Pokazuje, że skupiając się na potrzebach innych ludzi, wówczas i nam niepostrzeżenie los zacznie sprzyjać, że wszystko w każdej chwili naszego życia może się odmienić. Przecież tak niewiele trzeba, by pomóc drugiemu człowiekowi, tak niewiele by samemu stać się zupełnie innym, wielkim człowiekiem.

Mądra, zabawna i znakomita to powieść o przeznaczeniu i życiowych ewolucjach!


Moja ocena: 5,5/6

niedziela, 25 października 2009

Wydawnictwo Literackie, 2009


Zdobywca nagrody Goncourtów w 2008 roku.

'Istnieje magiczny kamień, który kładziesz przed sobą... I wypłakujesz przed nim wszystkie swoje cierpienia, wszystkie nieszczęścia, cały swój ból, całą nędzę... któremu powierzasz to wszystko, co leży Ci na sercu, a czego nie śmiesz zdradzić innym... Mówisz do niego. mówisz. A kamień Cię słucha, wchłania Twoje słowa, wszystkie sekrety, aż któregoś dnia wybucha. Rozpryskuje się na kawałki. A wtedy Ty uwalniasz się od wszystkich cierpień, wszystkich zmartwień...'

To jest właśnie Syngue Sabor, mityczny kamień cierpliwości. Tutaj zawoalowany pod postacią rannego bojownika postrzelonego w głowę. Nieprzytomny mężczyzna, najprawdopodobniej w śpiączce, leżąc w ciasnym pokoju, gdzieś w Afganistanie, pochłania zwierzenia opiekującej się nim żony. Naokoło trwa wojna, a nieustanne eksplozje zabijają ludzi i ich marzenia.

Anonimowa kobieta prowadzi wstrząsający monolog, uzewnętrzniając się dokumentnie. Sprzedana mężowi, zniewolona, nareszcie może ujawnić swoje upokorzenia, frustracje i niedoszłe marzenia. Wyjawia najbardziej intymne pragnienia, małe kłamstewka, lecz w głównej mierze ogromne rozczarowanie i ból, przemawiając w imieniu innych, ciemiężonych kobiet. Tymczasem pewnego dnia 'kamień' pęka, od zgromadzonych w nim emocji...

To bezpretensjonalna powieść, której magia tkwi w jej prostocie. Jest napisana poetyckim, jednocześnie powściągliwym językiem. Charakteryzuje się zgoła esencjonalną treścią, to jest małych gabarytów, a wielkim wydźwięku.

Losy kobiety chwyciły mnie za serce, z pewnością nie prędko o niej zapomnę.


Moja ocena: 5,5/6

czwartek, 22 października 2009

Wydawnictwo Jaguar, 2009

Przeglądając wcześniej cały szereg entuzjastycznych recenzji na temat Gone, aż się rwałam do czytania.  I niestety, jak można było przypuszczać, również i ja wpadłam bezwzględnie, niczym przysłowiowa śliwka w kompot. Bowiem właśnie takiej lektury dopominało się ostatnio moje nieco wymęczone życiowymi zmianami ego. Niezobowiązującej, zarazem szalenie hipnotyzującej powieści z dreszczykiem.

Gone to po części melanż powieści Stephana Kinga i serialu Lost. Nic nie jest takie, jakim się wydaje, a z każdą stroną jest coraz bardziej pokrętnie, upiornie i wciągająco.

Perdido Beach to leniwe, niczym nie wyróżniające się małe miasteczko. No może, poza elektrownią atomową znajdującą się na peryferiach. Pewnego dnia ‘pach’ i znika każdy dorosły, każdy powyżej 15 roku życia, nagle, w okamgnieniu, niczym bańka mydlana. Zostają tylko dzieci i niemowlęta. Jedne zrozpaczone błąkają się po ulicach szukając rodziców, inne bezbronne umierają w domu, a jeszcze inne przemocą i gwałtem usiłują przechwycić władzę w miasteczku. Panuje absolutny rozgardiasz. Nie działają żadne środki komunikacji, telewizja, radio, internet. Ulice pełne są porozbijanych samochodów, a niektóre domy płoną. Panika zaczyna narastać, wszakże wraz z dorosłymi zniknęli strażacy, lekarze i policjanci.

Część nastolatków usiłuje zaprowadzić jako taki ład i porządek, organizując punkt pierwszej pomocy, jedzenie i opiekę w przedszkolu. Jednakże zadanie okazuje się tym bardziej utrudnione, kiedy część żądnych władzy nastolatków, usiłuje brutalnie przejąć przywództwo nad resztą. Bezwzględni, bezduszni, okrutni, brak dorosłych wyzwala w nich najgorsze instynkty. Agresja rodzi agresję, zaczyna panować swoiste prawo dżungli. Przemoc i gniew powodują, iż ich zachowania zaczynają wymykać się spod kontroli, zmierzając powoli do wybuchu małej, dziecięcej wojny.

Akcja powieści toczy się błyskawicznie. Nieprzerwanie następuje ciąg osobliwych wydarzeń, coraz bardziej kuriozalnych i nieprzewidywalnych. Toczy się walka dobra ze złem, dzieci z dziećmi, dzieci ze zwierzętami. Nastolatki odnajdują w sobie dziwne, niebezpieczne moce, ale nie tylko one stanowią zagrożenie. Wraz ze zniknięciem dorosłych zmienia się strefa, a zwierzęta ulegają osobliwej modyfikacji.

Ta powieść z pogranicza horroru i fantasy trzyma w napięciu do samego końca. Kolejny tom w 2010 roku, nie wytrzymam chyba:)

 

Moja ocena:5/6

środa, 21 października 2009

Wydawnictwo Wilga, 2009

Debiutancka powieść Rachel Ward Numery zdobyła nominację  do Waterstones Children’s Book Prize, nominację do nagrody Southerm Schools Book Award oraz została umieszczona na liście Booktrust Teenage Book Prize.

Powieść zaklasyfikowana została jako thriller psychologiczny dla nastolatków, ale czy słusznie? Śmiało mogę się pokusić o stwierdzenie, iż również niejednemu dorosłemu czytelnikowi przypadnie do gustu, zaabsorbuje doszczętnie, wciskając w fotel na jeden długi wieczór. Bowiem powieść wciąga, piekielnie:)

Jem to zbuntowana, introwertyczna nastolatka, izolująca się od ludzi, społeczeństwa i od świata. Jej życie wypełniają liczby. Widzi je zaglądając w oczy każdemu człowiekowi. W dzieciństwie liczby dostarczają jej przedniej zabawy, niestety nie na długo. Przełomowym dniem, niezwykle dramatycznym w skutkach, okazuje się śmierć jej  matki. Wówczas staje się oczywiste, że przyporządkowany jej wcześniej numer to faktyczna data śmierci. Nagle liczby nabierają sensu, a życie Jem staje się odtąd koszmarem. Bo jak żyć ze świadomością, że jest się w stanie przewidzieć datę śmierci wszystkich otaczających osób, nieznajomych, ale też tych najbliższych. Jak żyć ze świadomością, że ukochany mężczyzna umrze za kilka dni?

Jem umieszczona w klasie specjalnej, tzw. trudnej młodzieży, zaprzyjaźnia się bliżej z Pająkiem, chłopakiem, równie zbuntowanym co ona sama. Obydwoje prezentują typ młodzieży z marginesu, niereformowalnej, agresywnej i trudnej. Często wagarują, nierzadko wdając się w konflikty z rówieśnikami. Niezwykle sugestywnie zostały nakreślone sylwetki obu bohaterów, zewnątrz konfliktowi, wewnątrz mimo wszystko niepozbawieni wrażliwości. Niestety dla Pająka zegar już tyka, nieuchronnie nadchodzi koniec. Zdeterminowana Jem będzie starała się za wszelką cenę uchronić przyjaciela od nadchodzącej śmierci.

Z każdą stroną akcja książki nabiera wigoru, a napięcie narasta, stając się coraz bardziej namacalne. Uzmysławiamy sobie, że bycie dysponentem informacji o dacie śmierci każdego człowieka to niewyobrażalny wręcz balast, uniemożliwiający normalne życie. Wszakże na każdego przyjdzie pora, wcześniej czy później, a co nam da świadomość kiedy to nastąpi. Cóż poza panicznym przerażeniem?


Moja ocena: 5/6

wtorek, 13 października 2009

Wydawnictwo Kojro, 2007

Jeśli można sugestywnie i wręcz namacalnie wyrazić szaleństwo na kilkudziesięciu stronach, to Ditlevsen, udało się to perfekcyjnie. To jedna z najwybitniejszych duńskich pisarek XX wieku, nie wiem dlaczego u nas praktycznie nieznana.

Powieść Twarze przedstawia podróż psychologiczną, podróż ku całkowitemu zatraceniu się w chorobie psychicznej i powolną rekonwalescencję. Główna bohaterka Lise to znana autorka książek dla dzieci, ponadto żona i matka. Posiada dom, rodzinę, sławę, ponadto nawracającą chorobę psychiczną. Przeświadczona o zawiązanym spisku przeciwko jej osobie, nie ufa już nikomu, mężowi, opiekunce do dzieci, nawet lekarzowi. Stopniowo traci kontakt z rzeczywistością, dorabia się halucynacji i popada w paranoję. Wszakże najgorsze są zewsząd dobywające się głosy. Podejmuje desperacką próbę samobójczą, po której trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie dalej będzie kontynuować rozpaczliwą walkę z chorobą psychiczną.

Tove Ditlevsen większość życia zmagała się z nawracającą chorobą psychiczną. Ostatecznie walkę tę przegrała, jednakże dramatyczne przeżycia i wewnętrzna szamotanina odcisnęły ogromne piętno na jej twórczości. Do końca sami nie wiemy ile fikcji, a ile prawdziwych doświadczeń zawarła w tej powieści. Mało tego, momentami sami popadamy w paranoję, gdyż do końca nie wiemy już co jest prawdą, a co urojeniem. Podobnie w życiu, uświadamiamy sobie, ze naokoło nas ludzie przybierają maski, nie wiadomo komu można ufać i co kryje się pod tym starannym kamuflażem, jakie jest prawdziwe ja drugiego człowieka.

Pomimo, iż tematyka niełatwa, złożona i wydawać by się mogło przygnębiająca, powieść czyta się jednym tchem. Skłania do głębszej refleksji nad własną tożsamością i zawiłością związków międzyludzkich.

 

Moja ocena: 5/6

sobota, 19 września 2009

Wydawnictwo Rosner & Wspólnicy, 2008

Przypuszczalnie po raz pierwszy zetknęłam się z tak specyficzną lekturą, której narracja płynie dwubiegunowo, przy tym niezwykle harmonijnie. To zderzenie dwóch światów męskiego i żeńskiego, bowiem te same wydarzenia ukazane zostały z dwóch perspektyw, z punktu widzenia kobiety i mężczyzny.

Akcja książki rozgrywa się w nieco klaustrofobicznym japońskim studiu Radia Yokohama. To intrygujący, hermetyczny światek, który skupia na pewien okres kilkoro nieco ekscentrycznych ludzi z różnych stron świata. Dwa całkiem skrajne głosy, prowadzące narrację należą do Martina, polskiego reżysera nagrań oraz frapującej Amandy, malezyjskiej piosenkarki. Napotkamy tu również osobliwych członków pewnego japońskiego zespołu rockowego, szalonego woźnego, enigmatycznego ducha i kilka innych kuriozalnych postaci.

Jest to powieść nieco wielowymiarowa, wydarzenia raz namacalne i niewątpliwie rzeczywiste, okresowo balansują na granicy surrealizmu i groteski. Niezwykle płynnie biegnie linia pomiędzy wyobraźnią, a autentycznością.

Nader wszystko powieść uzmysławia prawdę starą jak świat, jak bardzo odmienni jesteśmy, kobiety i mężczyźni. Jak często skrajnie i zgoła niedorzecznie interpretujemy te same gesty, słowa, wydarzenia. Jak łatwo przychodzi nam komplikowanie relacji z ludźmi poprzez odmienne, czasem nietrafione odczytywanie sygnałów.

Jest to powieść osobliwa, nieco zwariowana i pokręcona, przy tym niezwykle klimatyczna. Odrobina Japonii, frapująco ukazany zarys różnic kulturowych i urozmaicone psychologicznie postacie prowokują… do przeczytania kolejnych książek pana Bruczkowskiego!:)


Moja ocena: 4,5/6

piątek, 14 sierpnia 2009

Wydawnictwo Literackie, 2009

 

Nocny słuchacz to nostalgiczna, pełna napięcia powieść o potrzebie kontaktu z drugim człowiekiem. O konieczności akceptacji, zrozumienia, i choćby odrobiny czułości. O potrzebach nader ludzkich.

Powieść relacjonowana jest z perspektywy Gabriela Noone’a, będącego jednocześnie głównym bohaterem, pisarzem i autorem audycji radiowych. Obecnie doświadczający głębokiego stanu apatii, przygnębiony rozstaniem z długoletnim partnerem, grzęźnie w twórczej pustyni.

Nieoczekiwanie w jego życiu pojawia się chory na HIV chłopiec, Pete. Pocztą otrzymuje jego pamiętnik, w którym bezpretensjonalnie opisuje koszmar swojego dzieciństwa, jakie zgotowali mu molestujący go rodzice. Wielogodzinne, nocne, telefoniczne rozmowy Gabriela z chłopcem prowadzą do zacieśnienia się więzi pomiędzy nimi, ponadto wypełniają pustkę w życiu pisarza, skutecznie uśmierzając ból samotności.

W momencie próby bezpośredniego kontaktu z chorym chłopcem, zaczynają wyłaniać się osobliwe fakty, a prawda okaże się dla Gabriela nie lada wyzwaniem, a samo istnienie chłopca pozostanie wielkim znakiem zapytania. W obliczu zaistniałych, tajemniczych wydarzeń, chcąc zidentyfikować tożsamość enigmatycznego Pete’a, Gabriel wybiera się w podróż…

Reasumując to prędzej powieść psychologiczna, ciekawie napisana, do samego końca trzymająca w napięciu. O samotności, o zmienności charakterów, oraz o trudnych relacjach międzyludzkich.

 

Moja ocena 4,5/6

 


Poniżej informacja dla kinomaniaków, w 2006 r.powstał film na podstawie powieści, w reżyserii Patricka Stettnera, z Robinem Williamsem w roli głównej.

 

Wydawnictwo ZNAK, 2009

Są książki, których fabuła szybko umyka z głowy po ich przeczytaniu, są również takie, które z namaszczeniem i niesamowitą wyrazistością grzęzną w odmętach pamięci, by niebawem ponownie móc do nich powrócić. Z gatunku tych drugich jest dla mnie właśnie Marzyciel, którego magia tkwi bezceremonialnie w sile wyobraźni.

To zbiór historyjek opisanych z perspektywy kilkuletniego chłopca, Petera o niewyobrażalnym zgoła potencjale fantazjowania. Na pierwszy rzut oka wiecznie zamyślony i nieskory do rozmowy, tymczasem prawdziwy potencjał drzemie w głębi jego jestestwa. Jednego dnia staje się kotem, innego zamienia się ciałem z niemowlakiem, by za moment przy użyciu kremu znikającego zdematerializować swoją rodzinę. Jego życie osobliwie nasycone jest niezwykłymi przygodami, a granica pomiędzy jawą a snem zatarta, trudna do uchwycenia.

To historia o chłopcu, przebywającego w surrealistycznym świecie, gdzie wszystko jest możliwe, którego  skrzydła fantazji rozwinięte do granic możliwości, pozwalają bez skrępowania fruwać po meandrach jakże bogatej wyobraźni. Nadzwyczajna i porywająca powieść, do której z chęcią chce się powracać!

 

Moja ocena: 5,5/6

Wydawnictwo ZNAK, 2009

Ta wielopokoleniowa saga dominikańskiej rodziny tchnie nieco Irving’owskim klimatem. Powieść dobitna, napisana żywym, obrazowym, często wulgarnym i sarkastycznym językiem. O przeznaczeniu i determinacji jednej rodziny, którą dotknęło Fuku (klątwa).

Tytułowy Oskar to zakompleksiony, spasiony chłopak, którego namiętnością są kobiety i literatura SF. Pozbawiony przyjaciół, prezencji, charakteru, w gruncie rzeczy odmieniec. Uzależniony od seksu, chociaż tak naprawdę nie miał okazji go zasmakować. Podczas wakacji wyekspediowany na Dominikanę do babci, bezzwłocznie zakochuje się, nieco niefortunnie w starszej od siebie prostytutce, dziewczynie szefa policji. I powtórnie fuku wkracza w szeregi rodziny, by tym razem już nie odpuścić.

To częściowo również powieść o polityce, władzy dyktatorskiej generała Trujillo, przez Diaza określanego jako dominikańskiego Saurona.  O desperackiej walce rodzin z panującym reżimem o godny los, oraz o wolność. Nade wszystko o okrucieństwie, wyrażonym poniekąd komicznie, z dużą dawką czarnego, mrocznego humoru.

Jedynie co wymęczyło mnie niemiłosiernie, to hiszpańskojęzyczne zwroty wtrącane wielokroć. Na całe szczęście wyjaśniane momentalnie na marginesie tuż obok.

Jak na powieściowy debiut Diaza, uważam, że jest to całkiem przyzwoita powieść, ale czy zasługująca na Pulitzera, można by się spierać. Momentami może nie najłatwiejsza w odbiorze, wszakże swoista i zdecydowana to powieść, bez wątpienia warta przeczytania.

 

Moja ocena: 4,5/6

czwartek, 13 sierpnia 2009

Wydawnictwo MAG, 2009

Całość Viriconium zamyka się w 10 opowiadaniach, dłuższych i krótszych, których motywem przewodnim jest wymarły świat Cywilizacji Południa. Jego mieszkańcy, często odradzający się w kolejnych historiach, usilnie próbują powrócić do przekwitłej kultury. W spadku otrzymali jedynie broń i inne zaawansowane technologicznie sprzęty, z których działaniem nie do końca sobie radzą.  Cywilizacja robi stanowczy, zawrotny krok wstecz. Porażająca to wizja.

Harrison prezentuje świat mroczny i okrutny. Pasywny i paranoiczny. Surrealistyczny i  apokaliptyczny. Nie ma w nim już nadziei, panuje szaleństwo i bezpardonowa walka o przetrwanie. Jest to również historia o ludziach najprzeróżniejszych osobowości. O ludziach dobrych i złych, bohaterach i łotrach, odważnych i małego ducha, skrajnych fatalistach i zapaleńców. Ponadto to historia  o świecie, który przeminął, i o tym, który trwa nadal. O przeszłości i przyszłości. O wszystkim, bo to wszakże uczta wyobraźni.

Bynajmniej nie jest to lektura lekka. Niektóre opowiadania chłonie się z pasją, niektóre wymagają nieco więcej wysiłku. Jedne są jasne i klarowne, posiadają rozbudowany mroczny klimat, inne nieprzejrzyste i nieco chaotyczne. Na uwagę na pewno zasługuje język Harrisona, którego cechuje polot i erudycja, sugestywny i plastyczny, potrafi momentami zahipnotyzować. Sama treść z pewnością nie usatysfakcjonuje każdego, ale wśród wielbicieli fantastyki powieść niewątpliwie zyska uznanie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10