| < Luty 2008 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29    
Zakładki:
email
Dziecięce alter ego
Przeczytane książki:
Nagrody literackie
Strony o książkach
Wyzwanie to czytanie!
Zaprzyjaźnione blogi książkowe
Wydawnictwa
Zaglądam również tutaj
Polecam:)

Gazetaliteracka.pl


statystyka
czwartek, 28 lutego 2008

Król szczurów

James Clavell

 

Moim zdaniem to pozycja godna uwagi, o zachowaniu się człowieka w sytuacji ekstremalnej, o nieustającej walce o przetrwanie. Główni bohaterzy to jeńcy wojenni (amerykanie, anglicy i australijczycy) wegetujący w obozie Changi niedaleko Singapuru w czasie II Wojny Światowej. Bliżej poznajemy kilku spośród 10 tyś. przetrzymywanych tam żołnierzy.

Książka nie jest opartach na faktach, chociaż sam Clavell, wysłany w 1941 roku na wojnę do malezji, został schwytany przez Japończyków i osadzony w obozie Changi. Ze 150 tys., którzy tam trafili ocalało 10 tys. Jednym z nich był nasz autor i niewątpliwie te drastyczne doświadczenia skłoniły go do napisania powieści. 

Clavell w niesamowity sposób wykreował sylwetki swoich bohaterów. Ocenę ich postępowania pozostawił czytelnikowi. Nie ma rozróżnienia na pozytywnych i negatywnych. Przykładowy kapitan Grey, który permanentnie uprzykrzał życie innym, nieustannie śledząc i węsząc, wzbudza jedynie litość, i nie sposób go potępiać. Król, który sprytem potrafił zdobyć wszystko, jedzenie, pieniądze, zawsze najedzony i ubrany, kiedy inni przymierają głodem i chodzą półnadzy, wzbudza podziw. To właśnie dzięki tej taktyce zawdzięczam niebywałą więź emocjonalną z bahaterami, która zrodziła się we mnie podczas lektury. Niestety było mi najzwyczajniej przykro, kiedy książka dobiegła końca.

To przede wszystkim trzymająca w napięciu powieść psychologiczna, aczkolwiek wartka akcja momentami przypomina dobry kryminał. Poznajemy codzienne życie jeńca, jego ustawiczną walkę o przetrwanie, jak również jego moralne dylematy.

To na pewno pierwsza i bynajmniej nie ostatnia moja przygoda z Clavelem. Planuję przeczytać wszystkie książki z cyklu azjatyckiego i nie ukrywam, że bardzo cieszy mnie perspektywa co najmniej 1200 stron w kolejnych ksiązkach. Król szczurów jest zdecydowanie za krótki, a ja teraz odczuwam dotkliwą pustkę, porównywalną do rozstania z dobrym znajomym.

 

Fragment: 

"W opisywanych tu czasach, w roku 1945, Japończycy wiedzieli już, że najlepiej jest pozostawić kontrlę nad obozem w rekach jeńców. Sami wydawali rozkazy, a za ich wykonanie odpowiedzialny byli jeńcy-oficerowie. Jeśli obóz nie przysparzał kłopotów, sam ich także nie miał. Za złe miano jeńcom prośby o jedzenie. Za złe prośby o lekarstwa. za złe prośby o cokolwiek. Za złe to, że w ogóle żyli.

Changi było dla swoich mieszkańców więcej niż więzieniem.  Changi było dla nich Genesis, miejscem, gdzie wszystko zaczyna się od nowa.

A rządził Adam, bo był królem. Aż do dnia, kiedy wola, żeby być Królem opuściła go. Wówczas padł, służąc za pokarm silniejszym. Bo królem jest zawsze najsilniejszy, nie tylko dzięki samej sile, ale dzięki sile, sprytowi i szczęściu. Królem wśród szczurów."

 

Moja ocena: 5+/6

niedziela, 24 lutego 2008

Sprawa osobista

Kenzaburo Oe

 

Kenzaburo Oe w swojej autobiograficznej książce przedstawił bardzo trudny i wieloaspektowy temat: zachowanie się człowieka nieprzygotowanego na przyjście dziecka, tym bardziej dziecka upośledzonego.

Dwudziestosiedmioletni Ptak marzący o wyprawie do Afryki, z niefrasobliwym dotychczas podejściem do życia, musi zmierzyć się z niekoniecznie chcianym rodzicielstwem, które w jego mniemaniu położy kres jego młodzieńczym marzeniom. Całkiem już obezwładnia go wiadomość o chorobie dziecka. Dzięki złożoności jego psychiki, możemy zaobserwować toczącą się, frapującą rozgrywkę emocjonalną dokonującą się w jego wnętrzu. Zaczyna od rzeczy najprostszej, ucieczki od trudnej rzeczywistości. Szuka ukojenia w odurzeniu alkoholowym, u kochanki, na koniec pojawiają się również groźne myśli o jak najszybszej śmierci dziecka. Okazuje się jednak, że żadna ucieczka nie daje takiego ukojenia jak bezpośredni kontakt z wyzwaniem, oraz stawienie mu czoła.

Trochę zadziwiająca jest dla mnie postać żony. Znajduje się gdzieś w tle powieści, nie do końca świadoma choroby narodzonego dziecka oraz rozgrywającej się wewnętrznej tragedii męża, całkowicie zdaje się na jego decyzje. Mogę to jedynie wytłumaczyć sobie depresją poporodową?.

Książkę czyta się jednym tchem, chociaż nie jest to lektura lekka. Zawdzięczamy to przede wszystkim fenomenalnemu językowi, bogatemu w szczegółowe opisy i porównania, które często pomimo grozy całej wypowiedzi, potrafią rozbawić.

"Jej dłonie były małe i pobrudzone, a wątłość palców przywodziła na myśl łapki kameleona uczepione gałązki krzewu."

"Spojrzał ku wschodowi na wąski skrawek nieba. Było czarnoszare, z delikatnym różowym poblaskiem słońca gdzieś w tle. Nędzne niebo rumieniło się, gwałcone brutalnie przez chmury przypominające rozpędzone kudłate psy"

"Był to mężczyzna niski, baryłkowaty, otyły w stopniu nadającym mu wygląd żałośnie pompatyczny. Rozpięty poplamiony fartuch ukazywał pierś włochatą jak wielbłądzi garb."

Zakończenie książki jest nieco fragmentaryczne, ale nie zraża. Takie ekspresowe podsumowanie finału wędrówki emocjonalnej głównego bohatera. Naprawdę dobra książka.:)

 

I na koniec wybrane fragmenty.:)

"Śmierć dziecka będącego na poziomie rośliny - rozpatrywał upośledzenie swego syna od strony najbardziej dla siebie bolesnej. Przecież śmierci dziecka z funkcjami życiowymi rośliny nie może towarzyszyć cierpienie. Zgoda, więc cóż oznacza dla takiego dziecka śmierć? Czy choćby życie? Zalążek istnienia, który pojawił się w płaszczyźnie nicości - rozciągającej się na przestrzeni milionów lat i rozwijał się tam przez dziewięć miesięcy. Oczywiście embrion pozbawiony świadomości - po prostu zwinięty w kulkę istniał, wypełniając sobą całkowicie ciepły, mroczny, śluzowaty świat. A zaraz potem - niebezpieczny świat zewnętrzny - zimny i twardy, chropowaty, suchy, i przeraźliwie widny, którego już nie mógł sobą wypełnić: musiał go dzielić z niezliczoną ilością obcych istot. Ale dla dziecka na poziomie rośliny to przebywanie w świecie zewnętrznym sprowadzi się do kilku godzin tajemnego cierpienia, zupełnie niezrozumiałego. Potem - jeden unicestawiający moment i znów ta sama płaszczyzna nicości, ciągnąca się na przestrzeni milionów lat. A jeśli sąd ostateczny istnieje? Wśród jakiej kategorii zmarłych zostanie powołane przez sąd, oskarżone i skazane dziecko o biologicznych jedynie funkcjach życiowych, które zmarło zaraz po urodzeniu?

Za każdym razem, kiedy stajesz na rozdrożu życia i śmierci, masz przed sobą dwa światy; z jednym w chwili śmierci tracisz wszelki kontakt; z drugim przez fakt życia ten kontakt zachowujesz. To jest tak, jakbyś zrzucił z siebie ubranie: opuszczasz świat, w którym istniejesz jedynie jako trup, i przechodzisz do świata, w którym żyjesz nadal. Innymi słowy, każde z nas otoczone jest bezmiarem światów jak pień drzewa konarami liśćmi.

Nagle ogarnęło go haniebne pragnienie. Zalęgło się ono w mrokach jego świadomości jak kłębowisko czarnych ślimaków, kiedy dowiedział się w okienku rejestracji, że dziecko jeszcze żyje, i z przerażającą jasnością przybierało na sile.(...) Muszę od niego uciec.

Wie pan, Kafka napisał w liście do swojego ojca, że jedyną rzeczą, którą rodzice mogą zrobić dla dziecka, to powitać je, kiedy przychodzi na świat. A pan go nie chce przyjąć? Czy fakt, że się jest ojcem, usprawiedliwia aż taki egoizm, żeby odmówić drugiemu życiu prawa do istnienia?

Stał się poczwarką zamkniętą w kokonie swojej osobistej tragedii, niewidzącą nic poza jego wewnętrznymi ściankami, ani przez moment niewątpiącą we własne prerogatywy...

Imię! - zastanowił się Ptak. Ta myśl podobnie jak wtedy, w pokoju szpitalnym żony, wydała mu się głęboko niepokojąca. Daj potworowi imię, a od tej chwili stanie się bardziej ludzki, zacznie sobie rościć pretensje do człowieczeństwa. Różnica między śmiercią bezimiennego potworka i jego śmiercią po nadaniu mu imienia oznaczała dla Ptaka różnicę dotyczącą samej natury jego egzystencji."

Moja ocena: 6/6

OKazuje się, że całkiem niedługo, bo już 3 kwietnia W.A.B. nareszcie wyda książkę tak zachwalaną przez Padmę.:)

Tam da da dam......"Kradnąc konie" (Out Stealing Horses) Pera Pettersona!:)))

Książka nagrodzona Independent Foreign Fiction Prize (2006 r.) oraz IMPAC Dublin Literary Award (2007 r.).

 

 

Trond Sander zawsze pragnął zamieszkać na pustkowiu. Swoje zamierzenie może zrealizować w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat, po śmierci żony. Spokój, który spodziewa się znaleźć w mroźnych norweskich lasach, nie będzie jednak zupełny. Pewnej nocy Trond poznaje swojego jedynego sąsiada, a spotkanie z nim nieoczekiwanie budzi wspomnienia. Mężczyźni spotkali się już w 1948 roku, kiedy piętnastoletni bohater spędzał z ojcem wakacje na farmie. Doświadczenia, które chłopak zebrał tego niezwykłego lata – tragiczna śmierć niewinnej osoby, gorycz zdrady, pierwsza miłość i pierwsze doświadczenia erotyczne – miały wpływ na cały jego dalszy los.
Kradnąc konie to nastrojowa opowieść o upływie czasu, zmieniających się niepostrzeżenie etapach naszego życia. Fascynujące, parne, pełne emocji lato młodego bohatera miesza się z chłodną, spokojną aurą jego starości. Książka napisana przejrzystym, sugestywnym językiem, na długo pozostaje w pamięci
.

piątek, 22 lutego 2008

Nie wiem czemu zawdzięczać tą dziwną przypadłość, że czasem informacje o nowościach wydawniczych napływają z różnych źródeł, a na stronie wydawnictwa, sprawcy w/w zamieszania,cisza. I tutaj Albatros, w bliżej nieokreślonej przyszłości, zamierza nas mile zaskoczyć. Pojawi się nie lada gratka dla wszystkich miłośników literatury japońskiej, "Kiedy byliśmy sierotami" Ishiguro Kazuo.:)

 

Po trosze baśniowa, po trosze realistyczna powieść nominowana do Nagrody Bookera i Nagrody Whitbreada - najbardziej prestiżowych nagród brytyjskich. Anglia, lata 30. Słynny brytyjski detektyw Christopher Banks wierzy, że klucz do ocalenia świata przed nadciągającą katastrofą leży w przeszłości. Wychowany w kryjącym wiele sekretów, politycznie zaangażowanym Szanghaju, wyrusza w realną i duchową podróż do tego miasta, by odnaleźć rodziców, którzy w zagadkowych okolicznościach zaginęli tam, gdy był małym chłopcem. Ta nierozwiązana tajemnica prześladowała go przez całe życie. Wędrówka przez zrujnowaną metropolię staje się również wędrówką w czasie, jawa przeplata się ze snem, a prawda wciąż pozostaje poza zasięgiem. Parodiująca kryminalne schematy historia przekształca się w międzynarodowy thriller polityczny, a bliscy bohatera stopniowo odkrywają swoje mroczne tajemnice.

czwartek, 21 lutego 2008

Drobny kłopot

Mark Haddon

 

 

Ta wielowątkowa powieść o problemach pewnej angielskiej rodziny, nie jest moim zdaniem ani genialna, ani tym bardziej niezwykle zabawna, jak brzmi opis zaprezentowany na okładce przez „Sunday Telegraph”.

Każdy z bohaterów posiada wcale nie taki drobny kłopot.
Ojciec, George pewnego dnia dostrzega na swoim biodrze spory fragment łuszczącej się skóry. Głęboko przekonany, że to rak czai się na jego życie, z dnia na dzień popada w głęboką depresję, pogłębioną jeszcze nakryciem żony z jego byłym współpracownikiem in flagranti.
Jego żona, Jean nieustannie boryka się z niemożliwością porozumienia się z córką, z kochankiem Dawidem, który stale zapewnia ją o czekającej ich wspólnej romantycznej przyszłości, oraz z niechęcią do męża.
O charakterze ich dorosłych już dzieci ciężko jednoznacznie coś powiedzieć, ponieważ została tu przedstawiona cała gama możliwych zachowań i osobowości.

Niestety żadna z tych postaci mnie nie przekonała, a książka dłużyła się niemiłosiernie. Styl pisania Haddona, jak dla mnie dość chropowaty, powodował niemożliwość tzw. „chłonienia” powieści. Wymuszany dowcip raczej kiepski, zamiast uśmiechu częściej walczyłam z pojawiającym się zażenowaniem. Książka nie wyzwoliła również we mnie praktycznie żadnych większych emocji, za wyjątkiem obrzydzenia w scenie, kiedy George postanawia osobiście stawić czoła rakowi za pomocą nożyczek. Oczekiwałam, że będzie to lekka, dowcipna lektura i nieco się rozczarowałam.

 

A to taki przykładowy "dowcip" przytoczę:

„Przez podwójne drzwi wmaszerował młody Azjata w granatowym garniturze. Podszedł do recepcji. Wydawał się trzeźwy, ale koszulę miał całą we krwi. Azjata upadł. Nie osunął się na ziemię. Padł sztywno. Jak grabie, albo duża wskazówka bardzo mocno śpieszącego się zegara. Z hukiem uderzył o podłogę. Było to zarazem śmieszne i zupełnie nieśmieszne.”

 

Moja ocena: 3/6

Obcy

Taichi Yamada

 

Zgrabnie napisana mini powieść, od której nie sposób się oderwać. O samotności, o szaleństwie, o przenikających się dwóch światach: żywych i zmarłych. To interesujący przekaz emocjonalny tak typowy pisarstwu Kraju Kwitnącej Wiśni.
Harada, świeżo upieczony rozwodnik, dokonuje retrospekcji swojego życia, oraz swojego dzieciństwa. Po latach wraca do dzielnicy, gdzie dorastał, i gdzie będąc kilkuletnim jeszcze dzieckiem, w wypadku samochodowych stracił swoich rodziców. W barze spotyka mężczyznę, który przywołuje wizerunek ojca jakiego zachował w pamięci, ojca żyjącego przed prawie czterdziestu laty. Podąża za nim do domu, gdzie zastaje oczekującą go matkę… Przekonuje samego siebie, że są to jedynie halucynacje, spowodowane samotnością po rozwodzie, której nie potrafi stawić czoła. Bądź też zbliżająca się nieuchronnie utrata zmysłów. Jednocześnie nie potrafi zaprzestać spotkań z tajemniczą parą, która traktuje go jak dawno nie widzianego syna.
Zaczyna balansować pomiędzy życiem, a śmiercią, pomiędzy ludźmi z krwi i kości, a duchami, sam powoli stając się jednym z nich.

Książka nagrodzona prestiżową nagrodą literacką Yamamoto Shugoro.

Moja ocena: 5/6

 

Fragment:

„Wieczorem przyszła burza.
Oglądałem ulewę i błyskawice przez okno, siedząc w barze na ostatnim piętrze ekskluzywnego hotelu. Deszcz bił w szybę tak mocno, że rozmywał kształt błyskawic. Denerwowało mnie, że widzę tylko rozmazany błysk. Najchętniej rozbiłbym tę ogromną szybę i przyglądał się orzeźwiająco ostrym, świecącym kształtom. Chciałem być jak najdalej od rzeczy niewyraźnych, zamglonych i spowitych w mroku. Szukałem miejsc jasnych, czystych, z dobrze ustawioną ostrością. Dlatego nie poszedłem do baru w piwnicy czy na parterze, ale do lokalu wręcz zalanego światłem. Tymczasem świat ciemności wraz z nocną burzą zajmował coraz większy obszar, wdzierając się nawet tutaj.
Bałem się jednak wrócić do pustego mieszkania. Oczywiście to nie mieszkanie było straszne. Bać mogłem się samego siebie. Z tego zdawałem sobie sprawę.
Wiedziałem już, że sam nie poradzę sobie z halucynacjami, i byłem załamany.
Najgorsze, że zupełnie nie umiałem odróżnić wyobrażeń od rzeczywistości. Matkę, która od dawna już nie żyła, widziałem tak dokładnie, jak teraz widziałem szklankę. W jaki sposób miałem się domyślić, że to przywidzenie? Parę chwil temu czułem nawet lekkie odurzenie po piwie, które u niej piłem.
A jednak to przywidzenie. Powód był prosty: to się nie mogło wydarzyć naprawdę.”


Pozostałe powieści Yamady (ciekawa jestem, czy i kiedy ukażą się w Polsce):

Deeper than Indigo
The Album on the Shore

Tokyo Suburbia
The Last Town We Saw – Apocalypse

I Haven’t Dream of Flying for a While
Strangers
(Obcy)
Sunflower on the Hill
In Search of a Distant Voice
Looking Up at You
Winter Mirage
Invisible Darkness
In Stance of Love
My Familiar Town in the Breeze
Story of Yataro

Out of the East

 

poniedziałek, 18 lutego 2008

Chorobomania...

Strzykanie, prychanie, marudzenie i niemoc wszechobecna całkiem mną zawładnęły. Z gorączką zostałam posadzona dziś za kółkiem i wyekspediowana do pracy, bo L4 teraz modne i liczy się refleks w jego dostarczeniu. Spóźniłam się. Muszę teraz odczekać w kolejce, aż ktoś wyzdrowieje, bym sama mogła oddać się cierpieniu i chorobie w zaciszu moich własnych czterech ścian. Póki co z przestudiowaną wcześniej, zbolałą miną cierpiętnika wzbudzam poczucie winy u szczebla wyższego za brak możliwości zastąpienia mnie:( 

A w weekend ostatkiem sił pochłonęłam "Obcego" Yamady i "Drobny kłopot" Haddona. Recenzje będą jak się trochę pozbieram i umysł się nieco rozjaśni.:)

piątek, 15 lutego 2008

Pałac snów

Ismail Kadare

W sercu bałkańskiego Imperium wznosi się złowieszczy Pałac Snów, siedziba tajnej policji. W labiryntach pomieszczeń, w nieskończonej liczbie pokoi, na półkach, które wypełniają każdy skrawek wolnej przestrzeni, znajdują się archiwa snów. Analiza marzeń sennych służy policji do inwigilacji obywateli; armia ponurych urzędników nieustannie selekcjonuje, interpretuje i klasyfikuje sny, które mogą okazać się niebezpieczne dla Imperium. Perfekcyjnie zorganizowana biurokratyczna machina zdolna jest wychwycić każdy, nawet najdrobniejszy przejaw nieposłuszeństwa wobec Państwa. W razie potrzeby może go nawet sfabrykować...

Ismail Kadare wielokrotnie nominowany do Nagrody Nobla, w czerwcu 2005 r. otrzymał prestiżową nagrodę literacką "Man Booker International Prize".

Pałac snów to jedyna powieść Kadarego przełożona na polski bezpośrednio z języka albańskiego. Dotychczas w Polsce ukazyły się również 'Generał martwej armii', 'Kto przywiózł Doruntyne', 'Krew za krew', 'Akta sprawy H', 'Potwor' oraz 'Piramida' (przetłumaczone z języka francuskiego).

Głowny bohater to zagubiony samotny urzędnik, należący do zacnego rodu Ciuprilich, zajmujących główne funkcje państwowe. Na początku książki podejmuje pracę w Tabir-Saraju, zwanym też Pałacem Snów. Utworzony przez panującego Sułtana, to największa i najważniejsza instytucja w wielkim bałkańskim imperium To słynny urząd kontrolujący wszystkie sny bez wyjątku, wszystkich obywateli. To setki ponurych korytarzy z mnóstwem jednakowych drzwi. To setki równie ponurych urzędników, zajmujących się interpretacją snów. Obserwujemy metamorfozę bohatera, jego wędrówkę przez poszczególne szczeble kariery, oraz emocje, które mu niezmienie towarzyszą.

Naprawdę dobra literatura!

 

Moja ocena:5/6 (pozwoliłam sobie zaczerpnąć pomysł i skalę oceny od Patekku:)

 

"W tych teczkach znajdował się cały sen świata, przerażający ocean, na powierzchni którego oni usiłowali odczytać jakieś zatarte znaki, jakieś wskazówki. O my nieszczęśni! pomyślał.

(...)

 

Mark-Alem przetarł oczy, jakby chciał zdjąć z nich woal, który je przesłaniał. Jaka więc była prawda, i czy można ją było odsłonić, skoro jej korzenie kryły się we śnie? Tym bardziej, że nie istniała wyraźna granica między snem a rzeczywistością, wszystko na tej równinie – topografia, zła pogoda, różne wydarzenia, świadkowie, było splątane.

(...)

 

Korytarze i schody były pełne. Wydawało się, że głuchy odgłos anonimowych kroków zachwieje fundamentami budynku. Włączył swoje kroki do tego marszu. mnóstwa nóg z ulgą, jaką odczuwa wystraszony człowiek, kiedy schowa się w tłumie. Dwa lub trzy razy wydawało mu się, że jest to zwykły koniec dnia, lecz zaraz potem miał wrażenie, że jest całkiem odwrotnie. Kątem oka obserwował twarze ludzi i zdawało mu się, że na ich policzkach odnajdywał odblask gorączki, której żar głęboko krył się w ich czaszkach. To nie było zwyczajne ożywienie, raczej dreszcz niecierpliwości w oczekiwaniu na nieznane. Głupstwa, powiedział po chwili do siebie, niczego takiego nie było na tych twarzach, bladych z wyczerpania i sennych majaków. To wszystko to jedynie wytwór jego zszarganych nerwów…

(...)

 

Kiedy rapsod wreszcie otworzył usta, by zaśpiewać, Mark-Alem poczuł lekką ulgę, ale trwała ona krótko. Podobnie jak w dźwiękach instrumentu, także w głosie rapsoda było coś nieludzkiego. Jakby szczególnym cięciem pozbawiono tego głosu wszystkich zwyczajnych tonów i zostawiono tylko nieśmiertelne. Był to głos, w którym gardło człowieka i gardło góry umówiły się, by znieść między nimi wszystkie różnice. Dołączyły do nich inne głosy, coraz bardziej odległe, aż stopiły się ze skargą gwiazd. Zdawało się, że głos i słowa mogły wydostawać się tak z ust żywych, jak i umarłych. Umowę zawarto również z cieniami i wydawała się ona najściślejsza i najdoskonalsza."

środa, 13 lutego 2008

Dom z papieru

Carlos Maria Dominguez

Gdy Bluma Lennon, pochłonięta lekturą wierszy Emily Dickinson, ginie pod kołami samochodu, jej kolega, profesor literatury z Uniwersytetu w Cambridge, dochodzi do wniosku, że książki są niebezpieczne. Kilka dni później odbiera zaadresowaną do Blumy tajemniczą kopertę z Urugwaju, w której jest tylko powalany cementem egzemplarz "Smugi cienia" Conrada.

Zafascynowany tą niezwykłą przesyłką, wykładowca postanawia odnaleźć nadawcę i udaje się w podróż na drugą półkulę. Wkrótce staje oko w oko z donkiszotowskim szaleństwem, które w tym przypadku przybrało formę niepohamowanej miłości do książek i księgozbiorów.

To niesamowita książka! O potędze miłości do książek przekraczających granice szaleństwa. Czyta się ją jednym tchem. Jest cieniutka i pięknie wydana, tak by móc powracać do niej wielokrotnie.

To pozycja obowiązkowa dla wszystkich książkocholików, bibliomaniaków, bibliofili... :)

 

"Zadawałem sobie wielokrotnie pytanie, po co trzymam książki, które tylko w jakiejś dalekiej przyszłości mogą mi się przydać, tytuły odległe od moich zwykłych zainteresowań, takie które kiedyś przeczytałem i które przez wiele lat nie otworzą ponownie swoich stron. Może nawet nigdy! Ale jak pozbyć się na przykład Zewu krwi nie niszcząc jednocześnie jednej z cegieł dzieciństwa, czy Greka Zorby, który pieczęcią płaczu położył kres mojej młodości, Dwudziestej piątej godziny i tylu innych, relegowanych przed laty na najwyższe półki, gdzie leżą nietknięte i milczące, ze świętą wiernością, którą przypisujemy sobie.

Jako czytelnicy szpiegujemy biblioteki przyjaciół , choćby tylko dla rozrywki. Czasami po ty, żeby odkryć książkę, którą chcielibyśmy przeczytać, a której nie mamy; czasami po to, żeby dowiedzieć się, co pożarło zwierzę, z którym się zadajemy.

Często jest mi trudniej pozbyć się jakiejś książki niż zdobyć nową. Tomy przylepiają się do półek w tym pakcie konieczności i zapomnienia, jakby były świadkami pewnej chwili w naszym życiu, do której nie powrócimy. Ale podczas gdy tam nadal są uważamy je za część nas samych.

To prawda, że w końcu wielkość biblioteki ma znaczenie. Wystawiamy książki na pokaz jak wielki otwarty mózg, pod nędznymi pretekstami i z fałszywą skromnością.

Odkąd sięgam pamięcią, kupowałem książkę za książką. Założyć bibliotekę to jak stworzyć życie. Nigdy nie jest to suma poszczególnych książek. (...) Zagłębiamy rozmaite tematy i po pewnym czasie przekonujemy się ,że definiujemy świat czy, jeśli pan woli, szkicujemy trasę jakiejś podróży, z tą przewagą, że możemy zachować jej ślady. Nie jest to proste. To proces, w którym kompletujemy bibliografie; zaniepokojeni wzmianką o jakiejś książce, której nie mamy, zdobywamy ją, pozwalmy prowadzić się do innej.

Brauer zawsze był czytelnikiem obsesyjnym. Wszystkie pieniądze jakie miał, szły na książki. Odkąd go poznałem, wiele lat temu, przy straganach z książkami na ulicy Tristan Narvaja, wiedziałam, że to nieuleczalny przypadek. Ludzi dotkniętych tą dlegliwością poznaje się po nieco podobnej do pergaminu skórze. Mieszkła sam w swoim domu przy ulicy Cuareim i pochłaniał wszystkie książki, jakie wpadały mu w ręce, razem z niezliczonymi pastylkami i cukierkami,  które wszędzie zaśmiecały podłogi. Cukierki zastępowały papierosy, których zabronili mu lekarze, i ten jego nowy nałóg był równie uciążliwy jak namiętność do książek, zebranych w długich szafach bibliotecznych zajmujących pokoje; tomy leżały stosami w kuchni, w łazience, również w jego sypialni. Nie tej pierwotnej, bo stamtąd został wykwaterowany, ale na poddaszu, gdzie sypiał, obok niewielkiej łazienki. Ściana przy schodach, które tam prowadziły, też była wyładowana książkami i literatura francuska z dziewiętnastego wieku czuwała nad jego skąpymi godzinami snu. (...) W łazience były książki na wszystkich ścianach z wyjątkiem prysznica i jeżeli nie niszczały, to dlatego, że przestał brać gorący prysznic, aby nie wytwarzać pary. Latem czy zimą mył się w zimnej wodzie. - Wie pan do czego się posunął? - Wreszcie na mnie spojrzał. - Podarował przyjacielowi samochód, żeby zająć garaż."

wtorek, 12 lutego 2008

Ciężkie jest życie bibliofila...

Bibliofil, bibliomaniak, biblioman... zastanawiam się czasem gdzie przebiega ta delikatna granica i gdzie ja się plasuję? Więc sprawdziłam:)

 

Bibliofil ( z gr. biblíon- książka; philos- przyjaciel, miłujący) 

To miłośnik, znawca i zbieracz rzadkich i cennych egzemplarzy ksiąg.

Bibliofil książkę traktuje jako swego rodzaju dzieło sztuki. Zwraca uwagę na kunszt wydania - jej układ typograficzny, ilustracje, oprawę, szlachetność użytych materiałów. Ceni unikalność posiadanego egzemplarza, docieka jego historii, okoliczności wydania.

Egzemplarze ze swojej kolekcji opatruje zwykle znakiem własności – exlibrisem.

Bibliofilskim zajęciem jest również tworzenie własnych druków, zwykle dawnymi technikami drukarskimi, bogato iluminowanych i starannie oprawionych.

O bibliofilu mówimy, gdy zwykła chęć posiadania zamienia się w zamiłowanie do zbierania książek, a zbroszurowane kartki papieru zaczynają być widziane jako dzieło wydawnicze. Jeżeli pasja bibliofila przeradza się w namiętność, staje się on bibliomanem (bibliomaniakiem).

Żródło: Wikipedia

 

Kiedyś mnóstwo czasu spędzałam w bibliotekach, a książki kupowałam sporadycznie. Teraz mnóstwo czasu spędzam w księgarniach, a biblioteki odwiedzam przypadkiem. 
Książki kupuję wręcz nałogowo. Jeśli jakiś pisarz mnie zachwyci, za chwilę kupuję kolejno wszystkie jego książki.

Nie wyobrażam sobie życia bez moich książek. Jestem już nałogowcem:) I nie ma mowy o jakimkolwiek chaosie na uginających się pod cieżarem kolejnych pozycji, półkach biblioteczki. Wszystkie poukładane są kolejno autorami, następnie tematycznie, gabarytowo, kolorystycznie... :)

Księgarnie internetowe odwiedzam kilkanaście razy dziennie i każdy dzień to nieustanna walka i zmaganie się z samym sobą. Przekonywanie samego siebie argumentami typu oszczędzam, nie ma miejsca już na półkach, że to co mam to na lata czytania teraz starczy...

Niestety jestem bibliomaniakiem:)

 

A to moje nabytki od początku roku:

 

 

 
1 , 2